La Bomba!

„Kiedyś szalałem z trzema kobietami aż do piątej nad ranem, ale starzeję się. Teraz będę musiał się cieszyć pięcioma kobietami, ale tylko do trzeciej w nocy.”

Pozazdrościć takiej formy. Nie tylko tej dotyczącej liczby płci pięknej i wytrzymałości, ale przede wszystkim... narciarskiej! Autorem powyższych słów jest, bowiem, legendarny Alberto Tomba. Niezwykły narciarz, mający na swoim koncie trzy złote i dwa srebrne medale na Igrzyskach Olimpijskich (w konkurencjach slalom i gigant). Do tego 50 razy zwyciężał w Pucharze Świata (slalom, gigant i klasyfikacja generalna) i wstępował 89 razy na podium! Dzięki widowiskowemu i agresywnemu stylowi jazdy zyskał przydomek „La Bomba”.
Urodził się 19 grudnia 1966 roku, w liczącym 30 tysięcy głów miasteczku San Lazzaro di Savena, we włoskiej prowincji Bolonia. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że miejscowość położona jest na równinach, a nie w Alpach. Od małego Alberto lubił sport – tenis, piłkę nożną, jazdę na rowerze. Jednak najbardziej pokochał narciarstwo. W 1981 roku wziął udział w Światowych Zawodach Juniorów i zajął czwarte miejsce trafiając do kadry B. Ale jeszcze w tym samym roku zdołał w slalomie pokonać reprezentantów z drużyny A! W 1985 zadebiutował na Pucharze Świata we Włoszech. Odtąd jego kariera zwyżkowała w imponujący sposób. Sypały się medale olimpijskie, pucharowe i wszystkie inne. Tomba imponował talentem, ale i uporem. Po sukcesach w 1996 zaczął zastanawiać się nad zakończeniem kariery. Zdecydował się jednak na powrót. Na Mistrzostwach Świata w tym roku pierwszy zjazd poszedł mu fatalnie, ale nie zdziwił tym swoich kibiców. Całą karierę Tomby charakteryzowały częste zwycięstwa raczej w drugim zjeździe. Tłumaczył to tym, że poranne starty nie były mu na rękę. Rozbudzał się dopiero przy kolejnej serii. Tak było i w 1996, gdy nie poddał się i w drugim podejściu fenomenalnie nadrobił stratę, zdobywając brązowy medal.
Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Nagano były znakiem, że czas kończyć karierę. Nie udało się zdobyć medalu. Co gorsza podczas zjazdu upadł i nabawił się bolesnej kontuzji. Nie dał rady przystąpić do drugiego podejścia. Po zakończeniu sezonu 97/98 – 15 marca 1998 roku wygrywając slalom w Crans Montana odszedł na sportową emeryturę. Jest jedynym narciarzem, który wygrywał, co najmniej raz w roku Puchar Świata przez 11 sezonów z rzędu. I pewnie jedynym, który wytrzymuje z pięcioma kobietami do trzeciej w nocy.
Pozazdrościć.

Marcin Fijałkowski