Niezwykły dziadek

- „Ciągle dają mi jakieś plakietki i tytuły. W ostatnich latach jestem niesamowicie popularny, a teraz to mam prawie po dwie imprezy dziennie…”

Mówi dziarski, jak sam o sobie powiedział „wesoły staruszek” do kilkudziesięciu osób zgromadzonych w pokoju. Dużo żartuje, mówi szybko i pewnie. Ale też sympatycznie. Z takim ciepłem. To tak jakbyście na chwilę przyszli do swojego dziadka. Jest tam cała przeszłość, cała historia jego życia. Ale każdy staruszek jest inny. Życie tego gościa nie oszczędzało. Wojna, obóz, Powstanie Warszawskie, więzienie w PRLu. Ale mimo to nie został złamany, ani przez faszystów, ani przez komunistów. – „Mam już 85 lat. Ale czas spędzony w więzieniach spokojnie mogę odjąć jako wyjęty z życiorysu. Wtedy będę miał w metryce tyle na ile się czuję – na wesołe 78!”
Tak, tak, dobrze liczycie. Urodził się w 1922 roku, dokładniej 19 lutego w Warszawie. Zdążył zdać maturę w 1939 roku i wtedy czekał na niego prawdziwy sprawdzian dojrzałości. Ale to był test tragiczny. Rok po walkach w kampanii wrześniowej został zatrzymany przez Niemców i trafił do Auschwitz-Birkenau i spędził tam półtora roku. Po tym czasie zwolniony na wniosek Czerwonego Krzyża nadal działał – tym razem w podziemiu. Później na barykadach Powstania Warszawskiego. Po wojnie przyłączył się do grupy PSLowskiej, przez co był szykanowany i dwukrotnie skazany. W 1956 związał się z Tygodnikiem Powszechnym. W czasie stanu wojennego internowany i aresztowany. Aktywny działacz dyplomacji w III RP.
Ale przede wszystkim dla wielu Polaków autorytet. I to nie tylko dla tych starszych: - „Młodzi chcą mi ufać, a nawet niektórzy ufają. Chyba dlatego, że wiedzą, że ja nie jestem dorobkiewiczem – nadal nie mam samochodu. Może dlatego, że wszystkie swoje zbiory nagród, książek, medali i pamiątek oddałem Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich. Ba, nawet na swój koszt pakowałem te wszystkie rzeczy” – podsumował.
Być może to właśnie te rzeczy, albo może symbol walczącej Polski, symbol zaangażowania w sprawy państwowe w każdym czasie? Może te trudne i tragiczne perypetie i kontrastujący z tym humor i ciepło tego człowieka sprawiają, że cieszy się taką sympatią – w głosowaniu internautów Wirtualnej Polski aż 38% osób zadecydowało, że tytuł Człowieka Roku 2007 trafi do Władysława Bartoszewskiego. Razem z tym wyróżnieniem otrzymał on pamiątkową statuetkę, którą pewnie… przekaże wkrótce do zbiorów Zakładu Narodowego. Bo taki jest.

Marcin Fijałkowski