Okruchy
poniedziałek, 21 marca 2011 19:06
Powstanie, przytłumione po latach faktami historycznymi i dyskusjami polityków to nie tylko te fakty i te debaty. To do dziś emocje i życie wielu ludzi, którzy z polityką nie mieli i dziś nie chcą mieć nic wspólnego. To fragmenty ich życiorysów, których często nie da się opisać, a już na pewno – sprowadzić do wspólnego mianownika. Bo tyle było Powstań – ilu ludzi, którzy w nim uczestniczyli.
W poniedziałkowe przedpołudnie 31 lipca 1944 roku, w mieszkaniu przy ulicy Pańskiej spotkali się członkowie Sztabu Armii Krajowej wraz z dowódcą – generałem Tadeuszem „Borem” Komorowskim. W naradzie wzięli udział generał Tadeusz „Grzegorz” Pełczyński (Szef Sztabu Komendy Głównej AK), generał Leopold „Kobra” (potem „Niedźwiadek”) Okulicki, pułkownik Antoni „Monter” Chruściel (dowódca Okręgu Warszawskiego AK), pułkownik Jan „Prezes” Rzepecki (Szef Biura Informacji i Propagandy KG AK), pułkownik Kazimierz Wincenty „Heller” Iranek-Osmecki (Szef Oddziału II – informacyjno-wywiadowczego KG AK), pułkownik Józef Kazimierz „Kuczab” Pluta-Czachowski (Szef Oddziału V – łączności), pułkownik Józef „Filip” Szostak i pułkownik Janusz Bogdan „Wir” Bokszczanin. Zadając po kolei każdemu z nich pytanie, czy rozpoczynać Powstanie, Komorowski uzyskał tylko trzy odpowiedzi pozytywne. Wobec takiego obrotu sprawy i świadomości ciążącej na nim ogromnej odpowiedzialności, dowódca AK zarządził utrzymanie pogotowia i oczekiwanie na dalsze doniesienia z frontu.
W godzinach popołudniowych miała miejsce jeszcze jedna odprawa Sztabu. Tym razem w mniejszym składzie:– Komorowski, Pełczyński, Okulicki i major Janina Karasiówna. W pewnym momencie, w trakcie rozmów wpadł do mieszkania pułkownik Chruściel:
- „Sowieckie oddziały pancerne wdarły się na przedmoście niemieckie (…)! Walkę o Warszawę powinniśmy podjąć bezzwłocznie, w przeciwnym razie będzie za późno!”
To wymusiło na Komorowskim zdecydowane działanie. Posłał adiutanta po Delegata Rządu, wicepremiera Jana Stanisława „Sobola” Jankowskiego. Ten przybył niezwłocznie. Wymiana zdań była bardzo treściwa: Jankowski zapytał Pełczyńskiego:
- „A co się stanie, jeśli Rosjanie nie przyjdą?
- Wtedy Niemcy nas wyrżną” – opowiedział generał.
Mimo to wicepremier zatwierdził decyzję. Nikomu nie przeszło przez myśl, że Armia Czerwona może się zatrzymać. Obawiano się nawet, że Powstanie nie zdąży wybuchnąć przed wejściem Rosjan do stolicy. Komorowski nakazał Chruścielowi wydać rozkaz:
„Alarm – do rąk własnych! 31 lipca, godz. 19.00
Nakazuję godzinę „W” dnia 1 sierpnia, godz. 17.00. Adres miejsca postoju Okręgu: Jasna 22 m. 20, czynny od godziny „W”. Otrzymanie rozkazu kwitować „X”.”
Narada się zakończyła i rozesłano łączniczki. Chwilę później na Pańską dotarł Iranek-Osmecki, który przekazał Komorowskiemu, że doniesienia Chruściela o ruchach wojsk rosyjskich były mocno przesadzone. Machina decyzyjna została już jednak puszczona w ruch. Na zmianę rozkazu było za późno. Cofnięcie łączniczek - niemożliwe. Utrzymywani w ciągłym pogotowiu żołnierze w razie nowego rozkazu mogliby się podzielić: ci, którzy odebraliby rozkaz z odwołaniem Powstania wycofaliby się, ale pozostali ruszyliby do walki bez wsparcia reszty. Taki chaos spowodowałby błyskawiczne rozbicie oddziałów i w konsekwencji całkowitą klęskę. Liczono się również z ogromnym napięciem, jakie przed godziną „W” musiało mieć miejsce wśród rozgorączkowanych chęcią walki powstańców. Możliwe było zagrożenie samoistnym wybuchem pojedynczych mniej zdyscyplinowanych grup. Perspektywa takiego chaosu była jednym z elementów dezorientacji Komorowskiego. Do tego dochodził raport kuriera z Londynu - Jana Nowaka Jeziorańskiego, który od kilku dni informował, że nie ma co liczyć na wsparcie brygady spadochronowej i zrzuty od aliantów. Przestrzegał, że ewentualne walki w Warszawie nie zostaną potraktowane poważnie przez koalicję antyhitlerowską, a szczególnie przez Rosję, i mogą być odebrane jedynie jako „burza w szklance wody”. Z drugiej strony nie polepszała sytuacji wzywająca pod koniec lipca do rozpoczęcia boju o stolicę radiostacja Związku Patriotów Polskich „Kościuszko” – był to głos komunistycznej organizacji politycznej całkowicie oddanej Stalinowi. Komorowski w natłoku wielu różnych informacji i niepełnego rozeznania musiał być zdezorientowany. Nieprecyzyjna informacja od Chruściela stała się praktycznie iskrą, która spadła na nie do końca gotowy do podpalenia lont.
Niejednocześnie…
Łączniczki, które wyruszyły z Pańskiej nie od razu dotarły do oddziałów. Większość musiała przeczekać godzinę policyjną. (Słusznie obawiano się więc, że ewentualny rozkaz odwołania akcji zbrojnej wywołałby katastrofalne zamieszanie). W efekcie niektóre zgrupowania otrzymały rozkaz dopiero we wtorek 1 sierpnia rano.
Godzinę „W” ustalono z myślą o możliwości łatwiejszego przemieszczania się oddziałów jadących na miejsca zbiórek. W Warszawie, o tej popołudniowej porze, intensywny ruch utrudniał Niemcom wszelkie kontrole, a Polakom pozwalał „zginąć w tłumie”.
Z kilku powodów: opóźnienia dostarczenia rozkazu Chruściela, ostrożności przemieszczania się z bronią po ulicach miasta pod okiem Niemców, młodzieńczej nadpobudliwości i przemożnej chęci odwetu na znienawidzonym okupancie, które spowodowały, iż w niektórych częściach miasta wcześniej rozpoczęto akcję – Powstanie wystartowało nierówno. Porucznik Teofil Budzanowski, dowódca batalionu w V zgrupowaniu AK „Kryśka”, walczący na bliskim Czerniakowi, tak wspominał 1 sierpnia 1944, dwa lata później, na łamach „Życia Warszawy”:
„O godzinie 13 otrzymaliśmy rozkaz dotyczący godziny „W”, którą wyznaczono tegoż dnia na godzinę 17. Natychmiast wezwaliśmy dowódców kompanii na godzinę 14. Po krótkiej odprawie odbytej w halu fabrycznym d-cy udali się do swoich kompanii. Uzgodniono zegar. O godz. 15 pluton SA, przechodząc ulicą Szarą wszczął z niewiadomej przyczyny strzelaninę. Strzelał na prawo i na lewo. Były ofiary wśród ludności cywilnej.” Jak wynika z tych wspomnień – niektóre grupy otrzymały rozkaz: „Alarm – do rąk własnych!” dopiero trzy godziny przed rozpoczęciem działań. Tego dnia atmosfera w Warszawie była bardzo gorąca. Obie strony oczekiwały, że coś się wydarzy. Nie było, zatem mowy o elemencie zaskoczenia. Okupanci spodziewali się akcji Polaków już kilka dni wcześniej. W meldunkach dowódców armii niemieckiej pojawia się zdziwienie, że w ostatnich dniach, np. w nocy z 29 na 30 lipca nic się nie wydarzyło. Przy dacie 1 sierpnia w dzienniku działań niemieckiej 9 armii napisano: „Oczekiwane powstanie Polaków w Warszawie zaczęło się o godzinie 17.00. Na obszarze całej Warszawy toczą się walki.”
Jak się okazuje, rozpoczęcie Powstania w godzinie największego ruchu ulicznego na mieście nie ułatwiło działań powstańcom. Działali w dzień i doskonale widoczni szturmowali budynki niemieckie. Do tego dochodziło słabe uzbrojenie. W pierwszym dniu natarcia nie odnieśli sukcesów.
Dzieci z Boduena i matki z Łazienkowskiej
Do walki zerwali się wszyscy warszawianie, nie tylko ci zorganizowani w oddziały. Nie każdy miał jednak dostęp do broni. Ten, kto posiadał karabin awansował w powstańczym prestiżu, nierzadko przejmując dowodzenie nad samozwańczą grupą. Pozostali, którzy chcieli walczyć musieli zadowolić się RG 42, „filipinką” („filipinka” to granat obronny, do walk ulicznych, RG 42 - granat zaczepny, również stosowany podczas walk w mieście) lub butelką z benzyną. Z takim arsenałem trzeba było stawić czoła najlepszym średnim czołgom II wojny światowej – „Panterom” i świetnie uzbrojonej niemieckiej armii. W artykule, który pojawił się w „Życiu Warszawy”, w 1946 roku, można znaleźć opis takiej nierównej walki:
„I oto spod trzeciego numeru wybiegł chłopaczek. Taki mały, może dwunastoletni smyk. W jednym ręku butelka z benzyną, ze zwisającym od korka długim konopnym sznurem; w drugim ręku to samo. Za nim jakiś inny pędrak z całą bańką benzyny i palącą się karbidówką. (…) w polu widzenia ukazał się czołg (…). Chłopcy rzucają butelki. Jakaś mała dziewczynka biegnie jak szalona środkiem jezdni dźwigając nowy zapas. (…) Pali się benzyna nie z jednej już butelki, ale ze wszystkich, które rzucono. Czołg (…) staje i zaczyna dymić. Potem eksplozja. (…) Już się pali i drugi czołg, który usiłował wyminąć swego poprzednika. Z trzaskiem otwierają się klapy, wyskakują ci ze środka, SS-sy. (…) podnieśli ręce do góry i stoją na rogu ulicy, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Czy poddać się tej garstce dzieci?” W innych wspomnieniach pojawiła się dramatyczna sytuacja, gdy na ulicy Łazienkowskiej Ukraińcy z SS-Schutzen Division-Galizien sformowali z kobiet zasłonę dla swoich czołgów: „Cisze sekundy rozdarł okrzyk nieznanych kilkudziesięciu bohaterek: - Strzelajcie do nas! My gotowe! I gdy skamieniały serca, a twarze przypadły do kolb, jakiś jasny głos z barykady przebił łoskot działowy:- Matki, na boki! Skrwawione postacie prysnęły, przypadły pod barykadę, okryły ciałami niemowlęta. Kilka zaledwie położyły kule SS-manów.” Czołg został obrzucony butelkami i granatami, ale drugi pojazd zdołał go odholować.
Walki niech się toczą, ale mleko musi być
Nie wszystkie powstańcze boje toczyły się za pomocą karabinów i granatów. Z krótkiego opowiadania Marii Straszewskiej „Mleko” można poznać losy zaplecza Powstania. Mało, kto słyszał o „kuchni mlecznej” - ochotniczej służbie harcerek, które przeszukiwały teren miasta w poszukiwaniu przydatnych produktów mlecznych, a następnie pod opieką lekarzy przygotowywały posiłki dla niemowląt. Każda z tych łączniczek narażała życie, aby dostarczyć mleko na czas. Równie doniosłą rolę odegrały sanitariuszki, o których pisał ppor. Chrabąszcz : „Jeszcze przedwczoraj patrolowa Luta meldowała się u dowódcy z prośbą o odejście z kompanii. – Jak to odejście? – No cóż, tych 8 czy 10 sanitariuszek wystarczy przecież na kompanię. Dla niej za mało tu roboty. A tam w szpitalach personel wprost omdlewa z wysiłku. Dziesiątki rannych oczekują pomocy. Luta jest wykwalifikowaną sanitariuszką, szkoda jej fachowości. Prosi o odkomenderowanie do szpitala na Długiej 7.” Drugą bohaterką tych wspomnień była Halszka: „Późno w noc reduta opustoszeje. (…) Muszą zostać ciężej ranni. Jest ich czterech. Nie odniesiono ich do lazaretu, teraz to już wszystko jedno. (…) nie ma dla nich lekarstw (…) Szczupła blondynka o delikatnych rysach, sanitariuszka Halszka, zgłasza się na ochotnika, żeby zostać przy tych czterech w piwnicy. Prawdę mówiąc niewiele im pomoże ze swą pustą już torbą opatrunkową, bez wody i prawie bez jedzenia. Ale przecież ktoś przy nich być musi. Nie mogą zostać sami. (…) Pozycje są dla żołnierzy, dla sanitariuszki jest miejsce przy rannym.”
Powstanie to nie tylko fakty, to także emocje i przeżycia wielu ludzi. Heroiczne i zwykłe historie, które tworzą bardzo osobisty zapis zrywu stolicy.
Kropla w morzu potrzeb
Powstanie zdane było na siebie. Na siły zgromadzone w stolicy. Nieliczne alianckie dostawy z powietrza nie mogły odmienić jego losów. Tadeusz Korwin w artykule „Zrzuty” poruszył problem „powietrznej pomocy” aliantów. Zrzucane zasobniki zawierały wszystko: od herbaty po karabiny. Ich zawartość ginęła jednak błyskawicznie w masie potrzeb całego Powstania. Zrzuty bardziej niż konkretną pomoc niosły jednak coś więcej: nadzieję, że walczący nie są sami, że świat o nich pamięta, że wszyscy czynią wszystko, aby im pomóc. Gdyby móc wówczas powiedzieć Anglikom, to, co Churchill rzekł po bitwie o Anglię w odniesieniu do lotników: „Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewielu” . Niestety - rozmiary pomocy były zbyt małe jak na potrzeby walczących. Brak dokładności zrzutów lub zła pogoda powodowały na dodatek, że wiele zasobników przejmowali Niemcy. Tadeusz Korwin na łamach „Życia Warszawy” wspominał o tych problemach. Po rozpakowaniu zrzutu okazało się, że jego drużyna znalazła amunicję, a sąsiadująca z nimi – karabin. Jeśli między oddziałami był kontakt – prowadziło się handel wymienny. Jeśli odgradzał je teren zajęty przez wroga – i amunicja i karabin okazywały się nieprzydatne. „Tej nocy na terenie naszego zgrupowania i oddziałów sąsiadujących spadło ogólnie kilkanaście zrzutów. Uzupełniły one nasze znikome zapasy amunicji, które były już na wyczerpaniu, i poprawiły nieco stan naszej broni lekkiej. (…)Pomoc dawała złudzenie, że nie jesteśmy osamotnieni, że w ślad za pierwszym zrzutem pójdą następne, że zaopatrzenie będzie stałe, wszechstronne, coraz wydatniejsze, że w ślad za pierwszym znakiem pomocy przyjdzie dalszy – chociażby w formie osłony lotniczej… W krótkich kilkudniowych odstępach czasu, otrzymujemy jeszcze tylko dwa zrzuty. A potem nastąpi beznadziejnie wielotygodniowy męczący okres wyczekiwania… daremnego.”
Sprawa pomocy Zachodu dla Powstania budziła w powojennych komentarzach historyków kontrowersje. Uznawano je za nieracjonalne i zbyt kosztowne, w każdym sensie. Argumentowano bezsens tych działań zbyt dużą odległością lotnisk we Włoszech, warunkami technicznymi, zbyt dużym ryzykiem, pogodą i problemami we współpracy ze Związkiem Radzieckim. Mimo tych przeciwności wszak udało się kilka lotów nad stolicę Polski zorganizować. I, o czym alianci nie mieli bladego pojęcia – zaszczepić, choć chwilową nadzieję na pomoc, na przetrwanie, choć jeszcze jednego dnia, choć godziny. Po to, by tę nadzieję przekazać rodakom w kraju, pokazać światu, że Warszawa walczy, że Warszawa, jak kilka lat wcześniej Westerplatte – się nie poddaje.
Norman Davies podaje, że „ogólne straty określa się różnie. Według jednego z obliczeń, z Włoch i Wielkiej Brytanii wyleciało do Warszawy w sumie 306 samolotów, a utracono ich 41: 2 samoloty amerykańskie, 17 polskich, 22 brytyjskich i afrykańskich. Razem stanowiło to 13,3 procent. Biorąc pod uwagę tylko loty z Włoch do Warszawy przy szacowaniu wysokości strat podaje się liczbę 31 na 186 samolotów, czyli 16,7 procent.” To sprawiało, że każda wyprawa wracała pomniejszona o kilka maszyn i trzeba było uzupełniać braki.
Bohaterowie bez szans
Maria Peszyńska nadesłała do „Życia Warszawy” swoje wspomnienie z Powstania. Opisała kolejną historię bohaterskiej Warszawy. Dziewiątego września, na Placu Zbawiciela Niemcy porzucili 2 RKM-y. Powstańcy, cierpiący na brak broni mieli ogromną ochotę „zgarnąć” ten sprzęt. „…kto pójdzie i przyciągnie rk-emy? Z ciemności wyłania się „Foka” – ma 17 lat i nie wie, co to strach. – Ja pójdę panie poruczniku. – Weź linę i hak i idź chłopcze, niech cię Bóg prowadzi. (…) Serce we mnie zamarło, gdy Foka wyruszył, ale postanowiłam zostać. (…) Niemcy dojrzeli chłopca i oświetlają plac. (…) Uzbrojona po zęby, potężna armia niemiecka waliła w naszą Fokę.” Po przeczekaniu kanonady chłopak zakradł się po karabiny i przyciągnął je do stanowisk powstańców.
To jeden z tysięcy epizodów. Wtedy zwyczajnych, dziś wzbudzających podziw wśród młodych. Te okruchy bohaterstwa, choć heroiczne nad miarę, nie były w stanie uratować warszawskiego powstania, które, im dłużej trwało, tym bardziej chyliło się ku upadkowi. Kolejne dzielnice nie były w stanie dać odporu Niemcom. Oddziały wycofywały się kanałami. Dramatyczne chwile tych odwrotów przeniósł na ekran w filmie „Kanał” Andrzej Wajda. Kiedy w roku 1957 odbierał za niego Srebrną Palmę na festiwalu filmowym w Cannes, towarzyszył mu autor scenariusza, Jerzy Stefan Stawiński, którego dziennikarze zachodni pytali, jak wpadł na pomysł tak nieprawdopodobnej historii. Nie wierzono, że pisarz przedstawił drobiazgowo własne przeżycia z okresu Powstania.
Inny uczestnik walk, ewakuujący się kanałami, Witold Perkowicz, tak odtwarzał grozę tamtego odwrotu: „Karbid sypany przez Niemców do ścieków kanałowych, granaty i miny, lufy „rozpylaczy” zaczajonych nad uchylonymi włazami gestapowców – z tym wszystkim należało się liczyć po drodze. Mogły też być kanały zasypane i droga stawała się odcięta zupełnie. Nie było jednak wyboru – Starówka konała. Trzeba było wejść do tunelu możliwie nie zwracając uwagi zaczajonych wrogów. (…) Względną ciszę przerwało wściekłe ujadanie karabinów maszynowych. To ktoś za nami nieostrożnie wychylił głowę, oglądając się za idącym z tyłu. Huknęło kilka granatników, te były groźniejsze (…) Nerwy były naprężone do ostateczności. Tam na górze groziło niebezpieczeństwo realne, wiadome.”
W miarę upływu czasu powstańcom brakowało już nie tylko amunicji i sprzętu, ale także wody i jedzenia. Bernard Baniecki wspominał na łamach jednego z powojennych dzienników dramat rozgrywający się podczas zdobywania wody dla rannych. Niedaleko, około 100 metrów od prowizorycznego szpitala, była studzienka. Porucznik „Roja” wydał rozkaz zdobycia wody. I żołnierze wyruszyli. Trudność polegała na tym, że cała, krótka trasa była pod obstrzałem niemieckim. Padali rażeni kulami i granatami, ale co chwila ktoś wstawał i znów próbował szczęścia. Gdy wreszcie jeden z powstańców zdobył wiadro i wrócił z wodą okazało się, że budynek z rannymi został zawalony. Nie było kogo napoić. Znalazł tylko rannego „Roję”: „Panie poruczniku, rozkaz wykonany, jest woda! Pochylił się nad rannym, przemocą otworzył mu usta i wlał odrobinę wody. „Roja” przełknął wodę i wraz z krwawą pianą wycharczał „tak jest”. Konwulsyjny ruch głową – zesztywniał…”
Podobnie dogorywało powstanie. W końcu zapadła decyzja o kapitulacji. Człowiek, który podjął decyzję rozpoczęcia walk, musiał je 2 października 1944 roku zakończyć. Niepewni dalszego losu żołnierze i ludność cywilna szli do niewoli: „Około 10-tej łącznicy przynieśli wiadomość o kapitulacji. Kazali wywiesić białe flagi. Wywiesiliśmy i czekaliśmy swego losu.” Potem nastąpiło wyprowadzenie żołnierzy i ludności cywilnej oraz plądrowanie ocalałych budynków. Niemcy ze skrupulatnością przeszukiwali gruzy, a potem segregowali zdobycze. Wreszcie, co zdołali – zamieniali w ogień i popiół.
„Wracają mężczyźni w sile wieku, z których Niemcy uczynili „pomocników” swego terroru i bestialstwa. (…) Od świtu do nocy pracowały kadry robotników, niszcząc wraz z oprawcami kościoły, pomniki, dzieła sztuki i kultury. Ze łzami w oczach, z bólem w sercu i zaciśniętymi ustami musieli robić to, co im kazano: niszczyć swoje gniazda, palić swój dobytek. Burzyć Warszawę.”
1944 Warszawskie Powstania
Tyle spojrzeń na wydarzenia z tamtych dni. Może więcej? Każdy widział je inaczej, inaczej zapamiętał, wspomnienia zmieniają się z upływem czasu: „Pamięć, wracająca ku czasowi powstania, ku 63 dniom walk sprzed lat, nie jest pamięcią czystą, to znaczy nie jest aktem świadomości, nietkniętej przez zdarzenia czasu późniejszego. (…) Tkwiące w pamięci znaczenie tamtych dni jest jednym z nieustających źródeł trwałości i odnawiania się pięknych cech naszej wspólnej polskiej tożsamości” pisał 40 lat po zrywie Jan Strzelecki.
Polskiej tożsamości, czy polskiej martyrologii? Zbyt łatwo wciąż definiuje się polskość ilością wylanej krwi, zapominając o wierszu Słowackiego, „Testament mój”, z którego cytat: „zbyt wielu szło pod wodę” jest tu jak najbardziej adekwatny. Powstanie Warszawskie idealnie pasuje do tradycji zrywów i masowego umierania za ojczyznę, które choć bywało heroiczne i niesamowicie w swoim indywidualiźmie chwalebne – samej Ojczyźnie sił nie dodawało. – „Zawsze święta, rocznice, obchody, mitologizują historię. Synkretyzują i sprowadzają do pewnego mitu” – powiedział mi kiedyś w rozmowie historyk, Tomasz Nałęcz. Po 63 latach, 63 dni Powstania stają się dla Polski, w której coraz mniej już tych, którzy je przeżywali, kolejną legendą. Kontynuacją bohaterstwa i waleczności narodu, cech tak często lekceważonych post factum przez krytyków.
Spotkałem się z poglądami, że nie tylko samo powstanie, ale i kampania wrześniowa była bezsensowna. Jak łatwo ferować takie wyroki po latach. Gdyby były prawdziwe ponad sześćdziesiąt lat temu – kto dałby wówczas początek oporowi wobec europejskiej ekspansji Hitlera?
Zwolennicy i przeciwnicy Powstania ścierają się od chwili, kiedy Powstanie przeszło do historii. Łatwo walczyć o swoje historyczne racje na papierze i zamiast krwi – lać inkaust. W zależności, od aktualnie miłościwie panującej opcji politycznej osłabiać rolę poszczególnych formacji w Powstaniu lub ją gloryfikować. Dziś, po latach, ten spór pozostaje nadal nierozstrzygnięty. Bo jest to spór o papierowe pryncypia, Powstanie zaś w tych kategoriach się nie mieści. „To czucie i wiara” nie zaś „mędrca szkiełko i oko”. I niech tak zostanie.
Szkoda, że na pomniku Powstania Warszawskiego nie wyryto sparafrazowanej spartańskiej inskrypcji wyrytej na grobowcu w Termopilach: „Przechodniu, powiedz Warszawie, tu leżym jej syny, prawom jej do ostatniej posłuszni godziny” .
Marcin Fijałkowski
Autor jest studentem V roku dziennikarstwa i IV roku historii na Uniwersytecie Warszawskim. Pod opieką prof. dr. hab. Marka Jabłonowskiego przygotowuje pracę magisterską na temat Powstania Warszawskiego w powojennej prasie lat czterdziestych.
