Rozkołysane autobusy

Już po sprzedaniu kolejnej tury biletów okazało się, że Wrocławska Wytwórnia Filmów Fabularnych nie pomieści tylu fanów. Organizatorzy zdecydowali się przenieść koncert do Hali Stulecia. Mimo tego, obiekt ten ledwo pomieścił wielbicieli reggae z całej Polski.

Najpierw plotki na gronie. Przyjedzie. Ma przyjechać. Słyszałem, że ma być. Ale strona internetowa wykonawcy nie potwierdzała tej informacji. Tak, tak, ale to wyszło w ostatniej chwili. Postanowiono, że do trasy koncertowej zostanie włączony Wrocław. Euforia. Wymiana informacji na gronie przypominała najlepszy kanał informacyjny. Często oficjalne portale nie miały takich danych jak fani artysty. Wreszcie wszystko pewne. Przyjedzie. Gentleman będzie we Wrocławiu!
Cały wieczór 23 listopada był świętem dla lubiących kołyszące rytmy. Najpierw na scenie pojawili się East West Rockers a ich kawałki rozgrzały publiczność. Chwila przerwy pozwoliła na zebranie sił i zjedzenie serwowanych przy wejściu pajd chleba ze smalcem i ogórkiem a do tego piwko. Atmosfera serdecznej zabawy i także podekscytowania towarzyszyła wszystkim. Wiadomo było, że niedługo wystąpi gwiazda wieczoru – charyzmatyczny wokalista – Gentleman. Ten pochodzący z Niemiec artysta gdy był mały zakochał się w jamajskiej muzyce. Tam też przeważnie nagrywa teraz swoje utwory. Ale zanim zaprezentował się wrocławskiej publiczności na scenę wyszedł Martin Jondo. Pół krwi Koreańczyk, pół Niemiec odkryty został właśnie przez Gentlemana. Po pierwszej trasie koncertowej spędzonej razem Jondo postawił na solową karierę. Wyszło mu to na dobre. Jego energiczny styl i oryginalność sprawiła, że popularnością w Niemczech goni swojego mentora. Jego występ we Wrocławiu potwierdził świetne przygotowanie Martina. Niesamowite wykonanie Jah gringo rozruszało całkowicie publiczność.
Supporty piątkowego wieczoru były tak udane, że swobodnie mogły być osobnymi koncertami. Jednak tego dnia wszyscy czekali na Gentlemana. Na scenie pojawili się artyści z The Far East Band i rozpoczęli grać „Lack of love” z najnowszej płyty. Publiczność czekała, aż Gentleman wyjdzie. Ale jego nie było. Rozpoczął śpiew będąc jeszcze poza polem widzenia zgromadzonych, by nagle wbiec niemal między tłum witając i pozdrawiając wszystkich. Publiczność oszalała. Swoją energią Gentleman nieco zadziwił. Przyzwyczaił fanów do wielkiej dynamiki, ale kilka tygodni temu był jeszcze poważnie chory i odwołał kilka koncertów. We Wrocławiu nie było widać żadnego osłabienia, a Gentleman był po prostu wszędzie.
Razem z nim przyjechał cały zespół nagłaśniający i fachowcy z branży. I dobrze się stało. Wreszcie ktoś pokazał, że Hala Stulecia też może być dobra na koncert. Nie ma tam złej akustyki, tylko nie każdy potrafi dobrze nagłośnić muzykę. W takich warunkach nie pozostawało nic innego jak bujać się w rytmie hitów z płyty „Another intensity”, ale także i przebojów ze starszych albumów z „Dem gone” czy „Leave us alone” na czele. Każdy obecny z pewnością długo będzie wspominał piątkowy wieczór w Hali Stulecia.
Przy retrospekcji nie zabraknie z pewnością dantejskich scen z szatni już po zakończeniu koncertu. Nie do końca przemyślano kwestie wydawania numerków w związku, z czym panował chaos i przepychanki. A czasem się zdarzało, że wydawano nie te kurtki, co trzeba… Zabrakło też pomysłu na autobusy nocne, które kursowały normalnym rozkładem jazdy. Więc druga runda walk była przy każdym podjeżdżającym na przystanek pojeździe. Przeciążone autobusy ledwo ruszały i bujały się całą drogę. Ale to już chyba przez kołyszących się fanów reggae, którzy po koncercie nie mogli tylko stać w miejscu.

Marcin Fijałkowski