Kule Mozarta, Kaiser i zapach łajna
poniedziałek, 21 marca 2011 19:14
Przechadzając się uliczkami wokół wizytówki Wiednia – wielkiej katedry Stephansdom właśnie te trzy hasła docierają do zmysłów najmocniej.
Kule Mozarta to specyficzne austriackie słodkości oblane gorzką czekoladą, z przeplatanym nadzieniem. To podstawa tutejszych suwenirów, które turyści wywożą na pęczki. Każdy sklep z pamiątkami posiada swój większy lub mniejszy asortyment – a to w papierowych skrzypkach, a to w metalowych pudełkach. Jedno jest pewne: są pyszne. Na pewno nie zabraknie ich w turystycznym epicentrum, czyli tak zwanym Pierwszym Bezirku. Tu niepodzielnie króluje ogromna katedra Stephansdom zwana poufale przez autochtonów „Steffl”. Jej początki sięgają XII wieku, gdy Bambergowie postanowili, że najwyższa pora posiadać reprezentacyjny kościół. Tak o to przez wieki rozbudowywana i przebudowywana katedra nabierała swoich niesamowitych kształtów. Wystarczy wspomnieć, że ma 108 metrów długości, 39 metrów szerokości a Wieża Południowa... 137 metrów wysokości! Te cyfry nic nie mówią, jeśli nie postawi się stopy wewnątrz. Strzeliste nawy, sklepienie sieciowo-żebrowe, płaskorzeźby i zdobienia robią niesamowite wrażenie. Podobnie jak ogromny, 21-tonowy dzwon – Pumerin odlany w 1711 roku z przetopionych dział tureckich. Nie można przegapić wizyty w podziemiach! Kiedyś masowo chowano tam ludzi, ale w późniejszym czasie zdecydowano się usunąć większość kości z powodu roztaczającego się zapachu. Obecnie można zwiedzić wielkie krypty i obejrzeć kilkadziesiąt pozostawianych szkieletów czy czaszek. Katedra to obowiązkowy numer 1 dla turystów.
Historyczna zapachowa atmosfera
W dalszym zwiedzaniu może pomóc przejażdżka dorożką. Jest ich sporo wokół kościoła i niestety jest to odczuwalne w turystycznych obszarach Wiednia. Pojawiający się falami znienacka koński zapach dopełnia atmosfery historycznej. Wszak kilkaset lat temu tylko tak podróżowano a przecież dorożek było wtedy znacznie więcej...
Tak z pewnością poruszał się Kaiser. Czyli cesarz Franciszek Józef I, który jest dla Austrii a szczególnie dla Wiednia pewną ikoną. Przeważnie ukazywany w mundurze, z bokobrodami jako dumny i wyprostowany, ale leciwy już dziadek. Ten wizerunek oddaje uczucia do tego władcy, który ze względu na swoje długie panowanie (1848-1916!) był i jest niejako miłym dziadzią dla mieszkańców. Na wielu wizerunkach partneruje mu, na oko dwudziestokilkuletnia, piękność. To nikt inny, tylko Elisabeth – żona Franciszka Józefa I. Dla niej, jakbyśmy dziś powiedzieli, specjaliści od PR byli bardziej łaskawi. Mimo że żyła 61 lat to jej podobizny przeważnie ukazują Sissi jako młodą kobietę a zaraz obok starego cesarza. A przecież miedzy nimi było tylko 7 lat różnicy. Historia ich miłości czy też nieodwzajemnionego uczucia cesarza jest ciekawym tematem. Pewne jest, że mieli wiele okazji do spotkań w Hofburgu – siedzibie Habsburgów, której początki sięgają XII wieku. Warto wejść do środka i rozejrzeć się po cesarskich pokojach wczuwając się w atmosferę imperium austriacko-węgierskiego. Po tym eksluzywnym spacerze można obejrzeć... trumny żyjących w Hofburgu ludzi. Grobowce w podziemiach pobliskiego kościoła Kapucynów to nie lada atrakcja turystyczna. Piękne zdobienia wokół ostatniego miejsca spoczynku w połączeniu z półmrokiem panującym w podziemiach robią niesamowite wrażenie. Dają powód do chwilowej zadumy nad przemijaniem. Podczas, gdy jedni już odpoczywają na wieki, pozostali nadal się bawią w położonej niedaleko Operze Państwowej. Z gmachem wiązały się liczne kontrowersje. Projekt nie spodobał się opinii publicznej, która prześmiewczo nazywała nowy budynek stacją kolejową. Presja była tak wielka, że Eduard van der Null, który był odpowiedzialny za wnętrza popełnił samobójstwo. Natomiast August von Siccardsburg rozchorował się i zmarła na atak serca. Otwarcie nastąpiło w 1869 roku a opera stała się ówczesnym centrum kulturalnym i muzycznym Austrii oraz Europy.
Zalew muzeów
Wielbiciele tych miejsc będą mieli raj w zachodniej części Pierwszego Bezirku. Stoją tutaj dwa niemal bliźniacze gmachy muzeów historii sztuki oraz historii natury (polecam. Szkielety dinozaurów, skamieliny i wypchane zwierzaki, robaczki, rybki – niesamowite!). Niedaleko kompleks Museumsquartier naszpikowany wystawami i eksponatami. A nie można również zapominać o Hofburgu, który jest kilka minut spaceru stąd a wypełniają go historyczne pomieszczenia i kilka tematycznych wystaw. Kilka stacji metra dalej natomiast trafimy do niesamowitego obiektu – Schloss Schonbrunn, czyli letniej rezydencji Habsburgów. Po prostu trzeba tam pójść! Wrażenie robią przede wszystkim dwa pałace i ogromny park z pomnikami i rzeźbami. Wystrój pokoi i bogate wnętrza. Można nawet zobaczyć... kibelek Franciszka Józefa! Jeśli starczy sił można później podjechać na Karlsplatz i... potargować się trochę. Naschmarkt to niezwykłe miejsce. To bazar, ale nie taki obskurny, smutny jak polski. Jest tam niesamowicie kolorowo od wszelkich warzyw, serów, egzotycznych owoców i innych jadalnych smakołyków. Idąc alejką będziemy zapraszani do degustowania wszystkiego, co jest na sprzedaż. Wystarczy przystanąć na sekundę i już zostaniemy zasypani ofertami z każdej strony. A przy tym ilość drobiazgów, kolorowych wystaw i całej mozaiki pięknie się prezentuje – zatem na pewno warto tu zajrzeć. Tym bardziej, że wizyta tutaj nie potrwa zbyt długo.
Powódź kościołów
Trudno zliczyć wszystkie piękne obiekty sakralne w Wiedniu. Od mniejszych kościołów np. Franciszkanów przez większe jak Karlskirche aż po Stephansdom każde wnętrze zasługuje na wizytę i baczne zwiedzanie. Bogactwo zdobnictwa i wystroju jest niesamowite. Choć atrakcji nie brakuje i czasu też zwykle jest za mało nie można zrezygnować z wejścia do wymienionych świątyń.
„Trochę” zabawy na koniec
Po zjedzeniu kul Mozarta, charakterystycznych wafelków Manner trzeba również skosztować wiedeńskiej kawy. Najlepiej oczywiście w Aida – słynnej kawiarni. Nie wiem tylko czemu jest tak bardzo różowa, ale trudno. Kawę i ciastka mają wyborne! Po krótkim posiłku wystarczy wsiąść w metro (kilka linii w całym mieście, dojazd w główne punkty miasta szybko i łatwo) i przejechać się na Prater. Jeśli byliście kiedyś w wesołym miasteczku to możecie już o nim zapomnieć. W Wiedniu jest wesołe... miasto. Ogrom atrakcji i zabaw jest niezliczona. Króluje niepodzielnie, oczywiście symbol Wiednia – Riesenrad. To ogromne (wysokość 64 metry, średnica – 60 m) diabelskie koło nie jest wcale aż takie straszne. Wzniesione w latach 1896-1897 nie porusza się zbyt szybko – obrót trwa 10 minut, ale za to daje niezwykłe widoki na całe miasto.
Więcej czasu i pieniędzy...
To jedyny problem przy zwiedzaniu Wiednia. Jest tak bogaty w historię i ciekawe miejsca, muzea, że ile by się nie miało czasu to zawsze wydaje się zbyt mało. Podobnie z pieniędzmi – wejścia do muzeów, hotel, jedzenie – wszystko kosztuje. Suweniry, koszulki, bajery, zabawy na Praterze. Dobrze, że przynajmniej nie brakuje w sklepach austriackiego, taniego i dobrego wina! Innym „problemem” może być porozumiewanie się po... niemiecku. Nie licząc sprzedawców w kawiarniach i sklepach to w sezonie łatwiej spotkać w pierwszym Bezirku turyste z wszelkich zakątków świata niż tubylca. A jeśli już spotkamy wiedeńczyka to nie dziwmy się jego koreańskim, rumuńskim czy jakimibądź rysami. Wiedeń to prawdziwy tygiel kulturowo-językowo-narodowościowy. Może właśnie, dlatego każdy przyjezdny czuje się tu przyjemnie jak u siebie.
Marcin Fijałkowski
