Dawno temu w Chicago

Jestem na wielkiej sali. Trwa koncert wyborny. Dzwonek. Jeden. Straszny. Zmusza do wstania. Do ruchu. Jestem na nogach. Dwa dzwonki. Już gotowy i wychodzę. Trzy dzwonki. Staję przed wejściem.

Knajpka jak każda inna w Chicago. Może nieco staroświecka. Wystrój lokalu lat 60. Elegancja, w dobrym guście, choć bez przesady. Sala przestronna. Wiele krzeseł, nieco niewygodnych i ciasno ustawionych. Trochę miejsca wolnego na środku. Bar, wokół niego lada i taborety. Jest jasno, wszystkie lampy pracują. W kącie niewielki podest. Czarny fortepian, perkusja, kontrabas, gitara. Zamawiam drinka i siadam. Czekam. Jak wszyscy. Z nudów bawię się barowymi zapałkami. Nie przyszliśmy tylko posiedzieć, pogadać, popić. Przyszliśmy dla niego, dla nich.
Światła nieco blakną, jasność dają teraz świeczki. Tworzy się przyjemny półmrok. Odruchowo chowam zapałki, jak gdyby były moje. Artyści wychodzą na podest. Siwy, starszy pan siada do perkusji. To Curtis Boyd - niejeden pałkarz rockowych kapel pozazdrościłby mu uderzenia. Za gitarę chwyta Randy Napoleon, który doda muzyce smaku. Do kontrabasu zbliża się Elias Bailey, którego solówki za chwilę nas zachwycą. Do fortepianu zaś siada… dziadek, na oko lat 80. Parę słów między sobą, śmiech, okręcenie kontrabasu, uderzenie w bęben, brzęk gitary, glissando klawiszy. Już…
Pomieszczenie wypełniają spokojne takty. Dziękujemy oklaskami za to ukojenie. Pan przy fortepianie zaczyna śpiewać – „Jego imię Nat, moje Fred, wyglądamy podobnie jak mówią. Jednak nie jestem moim bratem, jestem sobą!”
Teraz już o tym wiemy. Wiedzą to wszyscy. Freddy Cole to nie Nat, to osobna marka, osobna jakość. Mimo, że wciąż w nieodłącznym klimacie muzyki z rodziny Cole - ze swoim niepowtarzalnym stylem i klimatem.
Nie przeszkadza mu to, by obok swoich flagowych utworów - grać również hity Nata - „Monalisę” czy wylansowane właśnie przez Kinga „Unforgettable”. Prawdę mówiąc, czego by nie zaśpiewał - brzmi znakomicie. Jego kwartet to zgrana grupa, a częste solówki na basie, gitarze czy perkusji dodają spontaniczności tak potrzebnej w jazzie. Ciepły, przyjazny baryton płynący przez salę  sprawia, że relaks przychodzi nawet do najbardziej zmęczonych i spiętych. Zamykam oczy. Pozwalam, by muzyka wnikała we mnie. Kołysała. Koiła. Odprężała…
Burza oklasków wyrywa mnie z tego stanu. Wszyscy wokół wstają.
– Do widzenia przyjaciele - woła ze sceny Freddy Cole nominowany niedawno do nagrody Grammy za najlepszy jazzowy album wokalny. A ja stoję zdziwiony pośrodku Sali Kongresowej trzymając w ręku paczkę zapałek z jakieś chicagowskiej knajpy…

Marcin Fijałkowski